Smród z fermy i bezradne państwo: po co ustawa o ochronie przed odorami

Kto mieszka pod wielką chlewnią albo obok zakładu utylizacji, ten wie, że fetor potrafi rządzić całym dniem — a państwo rozkłada ręce, bo w polskim prawie smród nie istnieje jako wielkość, którą da się zmierzyć i przekroczyć. Razem chce ustawy o ochronie przed odorami: dopuszczalnych poziomów emisji odorantów, standardów pomiaru i twardych obowiązków dla zakładów.

Bydło stłoczone na wielkiej tuczarni pod gołym niebem — intensywny chów zwierząt, jedno z głównych źródeł uciążliwości zapachowej

Kto mieszka pod wielką chlewnią, obok tuczarni bydła albo w cieniu zakładu utylizacji, ten wie, że zapach potrafi rządzić całym dniem. W ciepły weekend nie da się otworzyć okna, wywiesić prania, posiedzieć z dziećmi w ogrodzie — bo znad sąsiedniej fermy nadciąga fala fetoru tak gęsta, że aż szczypie w gardle. A kiedy taki mieszkaniec dzwoni na inspekcję ochrony środowiska, najczęściej słyszy, że formalnie wszystko jest w porządku — nie z powodu złej woli urzędnika, lecz dlatego, że w polskim prawie smród nie istnieje jako wielkość, którą można zmierzyć, znormować i przekroczyć. Razem chce to zmienić — wprowadzić ustawę o ochronie przed odorami, która wyznaczy dopuszczalne poziomy emisji odorantów i nałoży na zakłady obowiązek ich ograniczania.

Prawo, w którym smród nie istnieje

Najważniejsze jest to, czego w polskim prawie nie ma: nie obowiązuje żadna ustawa antyodorowa — nie ma norm stężenia substancji zapachowych, nie ma jednej procedury pomiaru, nie ma progu, po przekroczeniu którego inspektor mógłby powiedzieć: „tu jest za mocno, macie to ograniczyć". Potwierdza to Ministerstwo Klimatu i Środowiska, przyznając, że dziś jedynymi narzędziami pozostają pozwolenia środowiskowe i miejscowe plany zagospodarowania — czyli papiery, które o samym zapachu milczą (portalkomunalny.pl / MKiŚ).

Nie znaczy to, że problemu nie widać w statystykach. Sama Inspekcja Ochrony Środowiska podaje, że w 2016 roku jej organy rozpatrzyły ponad tysiąc skarg dotyczących uciążliwości zapachowej — i że w kolejnych latach skargi na brzydki zapach urosły do lwiej części wszystkich zgłoszeń na zanieczyszczenie powietrza. Najczęściej chodziło o oczyszczalnie ścieków, komunalne osady wywożone na pola, składowiska odpadów i właśnie fermy zwierząt. To realni ludzie, którzy realnie dzwonią, piszą, proszą o interwencję — i odbijają się od prawnej pustki.

Liczby skarg to obraz zgłoszeń, a nie pełna miara problemu: część mieszkańców w ogóle przestaje pisać, gdy raz usłyszy, że „nie ma podstaw do działania". Odbierz je więc jako dolną granicę skali, nie jej sufit.

Państwo próbowało załatać tę dziurę miękko. W 2016 roku resort środowiska wypracował „Kodeks przeciwdziałania uciążliwości zapachowej" — zbiór dobrych praktyk bez mocy ustawy, czyli zalecenia, których nikt nie musi słuchać. Od tego czasu kolejne ekipy zapowiadały prawdziwe przepisy i kolejne odkładały je na później.

Najdotkliwiej pod fermami

Najlepiej widać to na przykładzie ferm. Od 2021 roku ciągnął się projekt ustawy o minimalnej odległości wielkich hodowli od domów — mowa była o 500 metrach — i utknął, nie doczekawszy się uchwalenia w poprzedniej kadencji Sejmu. Tymczasem chów w Polsce się koncentruje: według GUS w czerwcu 2024 roku pogłowie świń sięgało ok. 9,2 mln sztuk trzymanych w niespełna 48 tysiącach stad, przy czym najwięcej zwierząt skupia kilka województw z Wielkopolską na czele. Za tą statystyką kryje się prosty fakt terenowy — coraz więcej zwierząt trzyma coraz mniej, coraz większych gospodarstw, a każde z nich to punktowe, potężne źródło zapachu tuż obok czyjegoś płotu.

I tu dochodzimy do sedna bezradności. Mieszkaniec, którego dom sąsiaduje z taką inwestycją, nie ma czym się bronić. Nie może pójść do sądu z pomiarem, bo nie istnieje norma, którą pomiar miałby weryfikować. Nie może liczyć na inspektora, bo ten nie ma przepisu, na który mógłby się powołać. Zostaje mu wywietrzanie mieszkania o świcie i nadzieja, że wiatr powieje w drugą stronę. Uciążliwość zapachowa nie zabija tak spektakularnie jak pył zawieszony, ale odbiera ludziom sen, apetyt i spokój, a wraz z nimi poczucie bezpieczeństwa we własnym domu.

Jak to powinno wyglądać

Ustawa o ochronie przed odorami nie jest wynalazkiem znad Wisły — działa w kilku krajach Europy i sprowadza się do kilku prostych filarów. Po pierwsze, wyznacza dopuszczalne stężenia odorantów, czyli mówi wprost, ile zapachu wolno wypuścić. Po drugie, ustala jednolity sposób pomiaru i oceny — od olfaktometrii, w której wyszkoleni oceniający wąchają rozcieńczane próbki, po modelowanie rozprzestrzeniania się woni. Po trzecie, nakłada na przedsiębiorstwa obowiązki: instalowanie biofiltrów, zamykanie zbiorników z gnojowicą, prowadzenie ewidencji, a przy nowych inwestycjach — zachowanie minimalnych odległości od zabudowań. Dopiero taki zestaw daje mieszkańcowi i urzędnikowi wspólny język: liczbę, którą można porównać z progiem.

Sam rząd zresztą przyznaje, że kierunek jest nieunikniony. MKiŚ zapowiada projekt ustawy o przeciwdziałaniu uciążliwości zapachowej, obejmujący nie tylko rolnictwo, lecz także przemysł i sektor komunalny, z docelowym procesem legislacyjnym rozpisanym na kolejne lata (teraz-srodowisko.pl). Rzecz w tym, że takie zapowiedzi padają od dekady, a mieszkańcy sąsiadujący z fermami odczuwają fetor już teraz.

Co proponuje Razem

W Deklaracji programowej 2025, w rozdziale o przyrodzie, Razem stawia sprawę bez owijania:

Wprowadzimy ustawę o ochronie przed odorami. Określimy dopuszczalne poziomy emisji odorantów, standardy pomiaru i oceny zapachów oraz obowiązki przedsiębiorstw w zakresie ograniczania negatywnego oddziaływania na otoczenie.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Przyroda — dziedzictwo, nie zasób”, pkt 10, partiarazem.pl

W praktyce składa się na to kilka spójnych kroków:

  • Dopuszczalne poziomy odorantów i jednolity pomiar — twarda norma zamiast miękkiego kodeksu, żeby skarga mieszkańca miała wreszcie oparcie w liczbie, a nie tylko w słowie „śmierdzi".
  • Obowiązki po stronie zakładów — to emitujący fetor ma go ograniczać i udowadniać, że mieści się w normie, a nie sąsiad ma udowadniać, że mu przeszkadza.
  • Realna kontrola i interwencja — Razem zapowiada w tym samym rozdziale (pkt 4) wpisanie do przepisów przesłanek do obowiązkowej kontroli i interwencji organów ochrony środowiska przy ewidentnych emisjach, tak by inspekcja miała nie tylko prawo, ale i obowiązek zadziałać.
  • Fermy jako główne źródło fetoru — to wielkoprzemysłowe hodowle najczęściej zatruwają życie sąsiadom, a ustawa o odorach z dopuszczalnymi stężeniami i standardami pomiaru daje mieszkańcom narzędzie, którego dziś nie mają.

Zapach jest częścią jakości powietrza, a ta jest częścią zdrowia — dlatego ustawa o odorach należy do tej samej rodziny narzędzi co kontrola emisji i czyste powietrze. Ma też wymiar, o którym rzadko się mówi wprost: życie w przewlekłym smrodzie, z którym nic nie można zrobić, to codzienny stres i poczucie osaczenia — a o tym, że zdrowie psychiczne również jest sprawą publiczną, pisze siostrzany serwis: Zdrowie psychiczne bez kolejki i karty kredytowej.

Źródła i dalsza lektura