Bałtyk bez ryb: co Razem chce zrobić z przełowieniem i martwymi strefami

Dorsz wschodniego Bałtyku zapadł się tak głęboko, że od 2019 roku nie wolno go ukierunkowanie łowić, a dno morza dusi się od nawozów spływających rzekami. Razem chce tworzyć morskie ostoje, odbudowywać populacje ryb i skończyć z połowami przeznaczonymi na paszę.

Drewniany kuter rybacki z żaglem na Zatoce Puckiej pod Jastarnią, z ludźmi na pokładzie — archiwalne zdjęcie z 1935 roku.

Dorsz był przez pokolenia rybą, na której trzymało się rybołówstwo z Helu, Ustki i Kołobrzegu. Dziś na wschodnim Bałtyku prawie go nie ma. Stado, które w latach 80. dawało setki tysięcy ton rocznie, osunęło się tak nisko, że od 2019 roku obowiązuje zakaz jego ukierunkowanego łowienia. Morze, które omywa polskie plaże, dusi się przy dnie od nadmiaru nawozów spływających rzekami, a spora część tego, co jeszcze w nim pływa, trafia nie na talerze, lecz do maszynek produkujących mączkę na paszę. Razem chce ten kierunek odwrócić: wyznaczyć morskie ostoje, odbudować populacje ryb i zrezygnować z połowów na pasze.

Bałtyk, z którego zniknął dorsz

Historia załamania jest krótka i dobrze udokumentowana. Przez dekady limity połowowe ustalano wyżej, niż wytrzymywało stado — łączny dopuszczalny połów wschodniego dorsza spadał co roku, z blisko 66 tys. ton w 2014 roku do 24 tys. ton w 2019, a i tak było za dużo. W maju 2019 roku Międzynarodowa Rada Badań Morza (ICES) zaleciła zerowy limit, bo stado znalazło się poniżej granic bezpieczeństwa biologicznego. Dwa miesiące później Komisja Europejska wprowadziła nadzwyczajny zakaz połowów (rozporządzenie wykonawcze KE 2019/1248), przedłużany od tamtej pory z sezonu na sezon. Organizacje badające morze mówią wprost, że stado się zawaliło — i że nawet bez połowów jego odbudowa potrwa lata.

Za tym stoi nie jedna przyczyna, lecz splot: dziesięciolecia zbyt hojnych kwot, ocieplające się i coraz uboższe w tlen morze, głodne, karłowaciejące ryby. Dorsz przestał rosnąć do dawnych rozmiarów, bo nie ma czym się żywić i nie ma gdzie oddychać. Zakaz połowów sam z siebie tego nie naprawi, jeśli nie ruszymy przyczyn — a te leżą w dużej mierze w stanie samego morza: w jego ocieplaniu się i ubytku tlenu przy dnie.

Morze, które się dusi

Bałtyk jest morzem płytkim, słabo wymieniającym wodę z oceanem, i przez to wyjątkowo wrażliwym na przeżyźnienie. Azot i fosfor spływają do niego z pól, ferm i ścieków, napędzają zakwity glonów, a te po obumarciu opadają na dno i gniją, zabierając z wody tlen. Powstają strefy beztlenowe — dno, na którym nie da się żyć. HELCOM, komisja chroniąca Bałtyk, od lat wskazuje eutrofizację jako jeden z głównych problemów morza, a rybołówstwo przemysłowe jako drugi.

Dane poglądowe. Szacuje się, że strefy odtlenione na dnie Bałtyku obejmują dziś rzędu kilkudziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych — w zależności od sezonu i metody liczenia od kilkunastu do ponad 60 tys. km², co czyni z niego jeden z największych spowodowanych przez człowieka obszarów beztlenowych na świecie. Skala waha się z roku na rok, dlatego traktuj tę liczbę jako rząd wielkości, nie wartość dokładną.

Kluczowe jest to, że przeżyźnienie morza nie zaczyna się w morzu. Zaczyna się w głębi lądu — na polach, z których azot i fosfor spływają rowami, kanałami i uregulowanymi rzekami prosto do wód przybrzeżnych. Razem zwróciło na to uwagę już w 2022 roku, popierając stanowisko Koalicji Ratujmy Rzeki, która wiąże spływ biogenów z betonowaniem i prostowaniem rzek. Naturalna, meandrująca rzeka z mokradłami zatrzymuje część nawozów po drodze; kanał prowadzi je wprost do Bałtyku. Dlatego ochrona rzek i stan Bałtyku to w gruncie rzeczy jeden problem, rozgrywający się na dwóch końcach tego samego dorzecza.

Ryby, które kończą jako pasza

Najliczniej łowioną rybą Bałtyku jest dziś szprot — mała, tłusta ryba ławicowa. Problem w tym, gdzie ona trafia. Znaczna część połowów szprota i śledzia nie idzie do sklepu, tylko do zakładów przerabiających je na mączkę i olej rybny — paszę dla ferm łososia, dla drobiu i trzody. Organizacja Baltic Waters wylicza, że w 2024 roku ponad 90% szwedzkiego połowu śledzia i szprota trafiło właśnie na mączkę i olej, a nie na ludzki stół.

Rachunek jest tu marny w każdą stronę. Wyławiamy z morza tony ryby, która jest pokarmem dla dorsza, ptaków i fok, po to, by zmielić ją na paszę i wykarmić hodowlane łososie w norweskich fiordach. Ubożejące stado szprota to mniej jedzenia dla i tak głodnego dorsza — mechanizm nakręca się sam. Rezygnacja z połowów przeznaczonych na paszę, o której mówi program Razem, wyjmuje z tej spirali jedno z najważniejszych ogniw.

Co proponuje Razem

Wdrożymy plany ochrony najcenniejszych obszarów Bałtyku: stworzymy ostoje dla morskich organizmów i dzikiej przyrody. Będziemy odbudowywać populacje ryb. Zrezygnujemy z połowów przeznaczonych na pasze.— Deklaracja programowa Razem 2025, rozdz. 11 „Przyroda — dziedzictwo, nie zasób”, pkt 7, partiarazem.pl
  • Morskie ostoje z realnymi planami ochrony — nie mapy na papierze, lecz wyznaczone i egzekwowane obszary, gdzie morskie organizmy i dzika przyroda mają spokój, by się odbudować.
  • Odbudowa populacji ryb — traktowanie stad jak zasobu, który ma wrócić, a nie wyczerpać się do zera; limity połowowe idące za nauką, nie za doraźnym naciskiem.
  • Koniec połowów na paszę — rezygnacja z wyławiania ryby tylko po to, by zmielić ją na mączkę i olej dla ferm hodowlanych.
  • Eutrofizacja u źródła — ograniczenie spływu azotu i fosforu do morza wymaga renaturyzacji rzek i mokradeł w głębi lądu, bo martwe strefy Bałtyku zaczynają się na polach.

Bałtyk jest dziś jednym z najbardziej obciążonych mórz w Europie, a przed nim kolejne inwestycje — od portów po morskie farmy wiatrowe. Racją Razem jest, żeby ten rozwój szedł w parze z ochroną ekosystemu, nie kosztem ostatnich zdrowych ław. Całość propozycji dla środowiska znajdziesz w programie Razem.

Źródła i dalsza lektura